Relacja z delegacji Nordland Art Festival podczas Glimps Festival 16-17 Grudnia 2011

Z delegacją do Gandawy/Belgia gdzie w dniach 16-17 Grudnia 2011 odbywał się międzynarodowy festiwal branży muzycznej – Glimps, udało się dwóch przedstawicieli Nordland Art Festival, Dominika Czapska i Bartłomiej Luzak, którzy skorzystali z okazji i prócz reprezentowania polskiego festiwalu muzycznego, promowali również wydawnictwa łódzkiego zespołu który tworzą – Kind Off. Glimps Festival to pierwsza edycja tego wydarzenia, w ramach festiwalu wystąpiło około 60 zespołów muzycznych w ramach showcase’ów, na sam festiwal zjechało się ponad 100 przedstawicieli branży muzycznej. Poniżej przedstawiamy naszą relację, przygotowaną przez Bartka Luzaka, zdjęcia Dominika Czapska.

image001

 

 

 

 

Glimps to po angielsku przelotne spojrzenie, lub jak kto woli nasze polskie „rzucenie okiem”. Nazwa nowego Belgijskiego festiwalu w rzeczy samej została trafiona, gdyż przemieszczając się między dziewięcioma lokalizacjami, w których odbywały się koncerty, nie było czasu na spokojne odsłuchanie każdego z zespołów, gdyż trzeba było pędzić dalej, aby zdążyć na następny występ…
16 grudnia, o godzinie 8:30, wysiedliśmy z autobusu na dworcu w Gendawie, pięknym mieście, które jeśli wierzyć naszym przewodnikom – jest drugim co do wielkości miastem Belgii, zaraz za Brukselą. Prawdę mówiąc , widząc wąskie, kręte uliczki i naprawdę małe, ale jakże urokliwe centrum metropolii – trudno było nam w to uwierzyć. Po zameldowaniu się w hotelu udaliśmy się pod miejski ratusz – imponujący, zabytkowy budynek utrzymany w gotyckim stylu. Wewnątrz kończyły się właśnie śluby, a organizatorzy powoli rozpoczynali wyładunek festiwalowego majdanu. My natomiast z całą grupą delegatów wyruszyliśmy na obchód po mieście.
Pogoda niestety nie dopisała i całe trzygodzinne zwiedzanie odbyło się w strugach dosyć nieprzyjemnego deszczu. Mimo to szkoda było przegapić ten turystyczny punkt programu, który w pigułce i do tego w naprawdę przemyślany sposób, przybliżył nam historię miasta, oraz dostarczył niezapomnianych doznań naszym kubkom smakowym. Wszak nie zapomniano o degustacji tradycyjnych serów, mięs, ciastek, oraz czekolad, z których słynie Gendawa. Spacer po zamkach, uliczkach i pięknych małych sklepikach zakończyliśmy w Vooruit Art Center. Jest to piękny, zabytkowy kompleks sal koncertowo/ teatralnych, który stanowi serce życia kulturalnego Gendawy. Organizatorzy Glimps nie wykluczają, że w przyszłym roku właśnie tam odbędzie się cały festiwal. Przyznam, że miejsce jest do tego stworzone i zdecydowanie ułatwiłoby to poruszanie się między poszczególnymi występami.
O godzinie osiemnastej dotarliśmy do ratusza, gdzie przy kameralnej kolacji oficjalnie rozpoczął się festiwal. Odebraliśmy akredydacje i kilka miłych Glimpsowych gadżetów (zmyślnym pomysłem były zatyczki do uszu, dla bardziej wrażliwych na nadmiar decybeli). Ponieważ podczas zwiedzania poznaliśmy już kilku innych delegatów, razem z nimi rozpoczęliśmy muzyczną wyprawę po Gendawskich klubach, gdzie od godziny 20 rozpoczynały się koncerty.
Zaczęliśmy niespodziewanym Polskim akcentem, gdyż w drodze do klubu Tref Punt, dowiedzieliśmy się, że jeden z muzyków zespołu FENSTER jest w połowie Polakiem. Muzyka jaką grają to spokojne, dosyć surowe, popowe melodie zaaranżowane w bardzo akustyczny sposób. W wielu utworach charakterystyczne bębny, oraz spokojne gitary wzbogacono o stonowane syntezatory. Miło było poznać trio z Berlina, zamienić kilka słów po polsku z Jonathanem, ale czas nas gonił i musieliśmy pędzić do kolejnego klubu, o jakże szatańskiej nazwie – Charlatan.
Niestety nie udało nam się zdążyć na występ zespołu The Experimental Tropic Blues Band, ale mieliśmy przyjemność spotkać chłopaków pod klubem. Dostaliśmy płytę, po przesłuchaniu, której zespół zdecydowanie z miejsca stał się jednym z moich faworytów pierwszej edycji Festiwalu Glimps. Rock’n’rollowe szaleństwo i punkowa energia, które miałem przyjemność usłyszeć niestety tylko z nagrania, pozostają bezwzględne wobec każdej stopy, która bezwiednie zaczyna tupać do rytmu. Raz jeszcze przepraszam chłopaków za spóźnienie, dziękuję za płytę i obiecuję obowiązkową obecność, jeśli tylko pojawią się w Polsce.

TETBB – NYC’s Diary from La Film Fabrique on Vimeo.

Zaraz po krótkiej rozmowie z otwierającymi wieczór w Charlatanie, weszliśmy do środka by od razu dać się ponieść energetycznym remiksom wszelakich świątecznych piosenek. Sprawcą tej elektryzującej mikołajowo-reniferowej atmosfery był nasz sąsiad z za południowej granicy – Słowak, występujący jako Dynamo Team. Mike Lark znakomicie wpasował się w klimat świątecznych przygotowań i skutecznie zrekompensował zebranym brak śniegu. Wystając zza obowiązkowego MacBooka, zaserwował zebranym dawkę naprawdę świeżych elektronicznych przebojów z nieodłącznymi dzwoneczkami w tle. Kolędnicy, których brakowało nam przed opisywanymi już wcześniej malowniczymi sklepikami z miejsca przestali być potrzebni.

Naładowani duchem świąt i elektro, przenieśliśmy się do drugiej sali klubu Charlatan, gdzie za chwilę miał rozpocząć się koncert zespołu Moss. Czwórka z Amsterdamu zebrała w klubie naprawdę pokaźny tłum i już po pierwszych dźwiękach ich muzyki wyjaśniło się dlaczego. Naprawdę dobrze przemyślane kompozycje w klimacie indie rock, zaczynając od spokojnych popowych melodii, a kończąc na typowo gitarowym uderzeniu zdecydowanie potrafiły porwać publiczność. Niedowiarków zapraszam na przyszłoroczny Nordland Art Festival, gdyż istnieje duże prawdopodobieństwo, że zespół wystąpi w Łodzi.

Następny wykonawca został zespół,polecony nam przez jednego ze Szkockich delegatów, z którym po małej szklaneczce Belgijskiego piwa zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi (to zaskakujące ilu „najlepszych przyjaciół” udało nam się zgromadzić przez cały festiwal). Nie wypadało odmówić więc udaliśmy się do De Centrale – klubu oddalonego najdalej od centrum, na występ Withered Hand. Tu niestety osobiście nieco się rozczarowałem. Akustyczne melodie, wzbogacone dźwiękami wiolonczeli, utrzymane w Szkocko-folkowym klimacie zupełnie nie przypadły mi do gustu. Zespół raczej usypiał i szczerze mówiąc, nie przyciągnął zbyt wielu widzów. Cierpliwie wytrzymaliśmy do końca i wróciliśmy do ścisłego centrum miasta, aby znaleźć się w miejscu, które swoim charakterem przypominało nieco dom kultury.
Obiekt nazywał się Zaal Miry i po zostawieniu kurtek w szatni, zasiedliśmy w pomieszczeniu wyglądającym jak duża sala kinowa. Tu w całkowitej ciemności rozpoczął się koncert Francuskiego Cascadeur. Występ absolutnie wgniótł mnie w fotel. Muzyka przywodząca na myśl solowe, eksperymentalne dokonania ThomaYorke uzupełniana przez wizualizacje, oraz światła absolutnie mnie zaabsorbowała i pochłonęła. Koncert odebrałem bardziej, jako spektakl, wywołujący naprawdę wiele emocji. Byłem naprawdę zdumiony w jaki sposób, jeden człowiek wciśnięty w lotniczy kask (a później maskę zapaśniczą) swoim śpiewem i grą na klawiszach zahipnotyzował zebrane audytorium. Absolutne „must hear” dla wszystkich, którzy nie znają jeszcze Kaskadera.

W nostalgicznym uniesieniu po występie Francuza udaliśmy się na ostatni występ tego wieczoru. Szczerze mówiąc, idąc do klubu Video nie spodziewałem się, że cokolwiek może zaprezentować się jeszcze lepiej niż człowiek w kasku. Czujność obudziła się jednak już na samym wejściu, gdyż z wielkim trudem zmieściliśmy się do małego wprawdzie lokalu, który został dosłownie przepełniony. Gwiazdą wieczoru (dokładnie tak) został zespół Concrete Knives – mój absolutny numer jeden Glimps Festival. W dodatku również z Francji, jak chwalony parę linijek wcześniej Cascadeur. Indie rockowy kwintet na najwyższym poziomie pokazał, jak należy robić ten właśnie gatunek muzyki. To, co zagrali oscylowało gdzieś między YeahYeahYeahs, a Dead Weather, ale zdecydowanie miało swój własny charakter. Morgane, wokalistka zespołu, zarówno z wyglądu jak i energii, jaką wyzwala na scenie przywodzi na myśl dokonania Karen O. Równie genialna była dla mnie sekcja rytmiczna. Zgranie basu i perkusji z Concrete Knives powinno być podręcznikowym „knowhow” dla wszystkich zespołów, które planują granie dalej niż we własnej piwnicy, czy garażu.

A potem nastało afterparty i odsypianie podróży, oraz jakże bogatego w wrażenia wieczoru…
Sobota rozpoczęła się dla nas dosyć późno, gdyż dopiero o godzinie 13 udało nam się zwlec na lunch. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i zarówno moja skromna mięsożerna osoba, jak i wegetariańsko usposobiona Dominika napełniliśmy brzuszki do syta naprawdę pysznymi daniami. Posiłek mieliśmy przyjemność zjeść w towarzystwie muzyków z zespołu Mariposa. Niestety nie mieliśmy okazji usłyszeć ich na żywo, ale artyści wspaniałomyślnie obdarowali nas płytą. To kolejna warta uwagi pozycja łącząca w swojej muzyce szeroko rozstrzelone inspiracje wszystkich siedmiu członków zespołu. Jazzujący pop, miesza się tu z nieco psychodelicznymi melodiami, oraz przebojami rodem z musicali. Osobiście przeszkadza mi jednak nieco fakt, że śpiewają po włosku, gdyż nieświadomie muzyka od razu kojarzy mi się z dinozaurami włoskiego wintydżu takimi jak Drupi, czy Al. Bano &Romina Power, przy których nasi rodzice zapewne przeżyli nie jedno miłosne uniesienie. Niemniej jednak warto sprawdzić.
Najedzeni i wyspani udaliśmy się do ratusza, na speedmeetings. Tutaj bardzo boleśnie odczułem jak daleko jesteśmy w tyle za innymi europejskimi rynkami muzycznymi. Mimo jedynie dziesięciu minut na rozmowę z każdym z zebranych delegatów, staraliśmy się dowiedzieć jak najwięcej o funkcjonowaniu branży muzycznej na zachodzie. Agencje koncertowe, mnóstwo showcase’ów, agencje zajmujące się promocją muzyków… w Polsce możemy na razie pomarzyć o tych wszystkich instytucjach, tak bardzo nastawionych na promocję rodzimych artystów za granicą. Nie ma się jednak, co dziwić.
Mimo tej smutnej konfrontacji z branżową rzeczywistością, bardzo cieszę się, że miałem okazję poznać wielu świetnych dziennikarzy, managerów i przedstawicieli agencji muzycznych. Mam wielką nadzieję, że będziemy mieli okazję spotkać się, następnym razem w Polsce, na przyszłorocznym Nordlandzie i porozmawiać, jak można pomóc Polskim zespołom w zagranicznej promocji, a jednocześnie zaprezentować naszej publiczności eksportowe perełki, którymi się zajmują.
Koncertowy wieczór dnia drugiego, znowu rozpoczął się po Polsku. Dzięki współpracy Glimps z Nordland Art Festival i wsparciu Instytutu Adama Mickiewicza, Belgowie mieli okazję usłyszeć nasz rodzimy zespół – Blisko Pola. Frekwencja w klubie Bar Ville, może nie była powalająca, ale zespół zebrał dobre opinie i przypadł do gustu delegatom, których dla odmiany my zaprosiliśmy, aby zobaczyli coś „naszego”.
Prosto stamtąd wraz z Tonim, delegatem z Finlandii, popędziliśmy taksówką do De Centrale, opisywanego wcześniej punktu, oddalonego najdalej od centrum. Tam zespół School Is Cool zebrał chyba całą Belgijską publiczność. Nic jednak dziwnego, gdyż jest to chyba obecnie ich najlepszy towar eksportowy, jeśli chodzi o pozytywną i żywą muzykę pop. Chłopaki dostali od nas zaproszenie na przyszłoroczny Nordland, więc niewykluczone, że będzie można przekonać się na własne uszy i oczy jak świetnie potrafią bawić się swoją muzyką razem z publicznością.

Po koncercie, spotkaliśmy się jeszcze na chwilę z Blisko Pola, które akurat udzielało wywiadu dla Belgijskich mediów i z backstageu klubu Bar Ville przenieśliśmy się do naszego ulubionego Charlatana.
Z zespołów, których miałem okazję posłuchać przed festiwalem najlepiej zapadł mi w pamięć Rape Blossoms i to właśnie oni instalowali się na scenie, gdy dotarliśmy na miejsce. Był to kolejny świetny koncert Festiwalu Glimps. Postpunkowe brudne brzmienia nasuwające nieco skojarzeń z La Dispute, wzbogacone o elementy elektroniki, w moim odczuciu zdecydowanie wygrały tego wieczoru. Do dziś ronię rzewne łzy z powodu braku pieniędzy na ich winyl. Ale kto wie, może będzie jeszcze okazja.

Kolejny warty uwagi przystanek, na którym zatrzymaliśmy się na dłużej był klub Trefpunt, gdzie wystąpił zespół I Am Oak z Holandii. Mimo, żenerdowy styl na porozciągane swetry i wielkie okulary w czarnych oprawkach nie do końca zachęcił mnie w pierwszej chwili, to jednak pozory mylą i zespół zaprezentował bardzo przyjemny stonowany i akustyczny pop. Trochę zdziwił mnie fakt, że managerka zespołu bardzo protestowała przeciwko zebranej publiczności, która beztrosko klapnęła sobie na ziemi podczas koncertu. Bynajmniej nie kierowała nią troska o nie złapanie wilka przez całkiem liczne audytorium. Jak dla mnie pozycja siedząca była idealną do odbioru tej lekko usypiającej, ale nader przyjemnej muzyki i mimo próśb cały koncert solidarnie przesiedzieliśmy, wraz z innymi zebranymi (wiem- prawdziwy bunt, nie ma to tamto).
Drugi dzień festiwalu, mając w pamięci świetny występ Concrete Knives, znowu zakończyliśmy w klubie Video. Tu pojawił się zespół BRNS, który po obejrzeniu wcześniej na stronie festiwalu ich wideo skojarzył mi się ze świetnym Izraelskim Raw Men Empire, których mieliśmy przyjemność gościć na Nordland Art Festival w tym roku. Zabawa, jaką czerpie zespół z grania to coś niesamowitego. Równie ciekawy jest przekrój muzyczny, jaki reprezentują. Utwory na przemian płyną i galopują przy akompaniamencie zarówno elektronicznych smaczków i zabaw z syntezatorem, jak również klasycznych bębnów i różnego rodzaju przeszkadzajek, czy grzechotek.

BRNS – Mexico – Lofi session from B R N S on Vimeo.

Po ostatnim koncercie dobre wychowanie nie pozwoliło nam ominąć kolejnego afterparty, gdzie przypieczętowaliśmy nasze nowe, wielkie, polsko – europejskie przyjaźnie zarówno z Belgami, jak i ze wszystkimi przybyłymi do Gendawy delegatami.
Z tego miejsca bardzo dziękuję w imieniu swoim i Dominiki, Michałowi, który umożliwił nam ten wyjazd, jak i wszystkim organizatorom Glimps Festival. Odwaliliście kawał naprawdę świetnej roboty i mam nadzieję, że w podobnym gronie będziemy mogli spotykać się i uczyć od siebie nawzajem, zarówno u nas w Polsce, jak i na innych Europejskich Festiwalach.
Autor artykułu : Bartłomiej Luzak

PS. „Jako edytor naczelny tej relacji chciałem polecić jeszcze dwa zespoły, które wystąpiły podczas Glimps. Pierwszy popowy Ginga, który konsekwentnie podróżuje po festiwalach typu showcase takich jak Glimps – szeroko komentowany już prawie w całęj europie, oraz ciekawe zjawisko z Islandii z pogranicza metalu Lazyblood” – Michał Zając

This post is also available in: angielski

Comments are closed.

Anal